Dzisiaj jest mi niezbyt dobrze, jeśli to dobre określenie. Poprosiłam o dzień wolny w pracy i spałam do godz 16.
Tęsknię za P., mam wielką ochotę zadzwonić do niego, napisać, porozmawiać. Tylko po co. Tak jest dobrze przecież. juz za pozno. własnie wysłałam smsa. chociaż przecież powinnam go traktować jak zmarlego. tak się umówiłam z samą sobą. pewnie nie odpisze wcale, albo napisze - że po co, albo że nie mamy sobie nic do powiedzienia. Nie wiem, po co chcę mu cokolwiek wyjaśniać. Dałam mu powód do nienawidzenia, przecież o to chodziło, żeby nie było właśnie powodów do jakiejś pseudoprzyjacielskiej relacji. Relacji, która mnie niszczy i pogrąża, pociąga w przeszłość, która jest poza mną. A przynajmniej, która powinna tam być przecież...
Prawdopodobnie na kolejnej, czwartkowej sesji będę miała nieco więcej do powiedzenia mojej Pani T, bo okazało się, że podczas ostatniego spotkania gdzieś tam dotknęłyśmy problemu. A skąd to wiadomo - ano stąd, że pojawił się niepokój - miast zwykłej obojętności na zadawane pytania i wnioski. I ten niepokój teraz mi towarzyszcy i przeraża i myślę sobie co to będzie, co to będzie.
A zaczęło się od tego, że napisałam do P. że go nienawidzę. Bo rzeczywiście czasem tak jest. A potem poleciałam o tej Pannie, co to dopiero jak się pojawiła, to miał odwagę odejść i wylałam na nią źródło pomyj - wiedziałam, że tego mi nie wybaczy. i nie chciałam żeby wybaczał. już dość tego pieprzenia o wielkiej przyjaźni między nami i haseł: ty znasz mnie najlepiej, z Tobą lubię najbardziej rozmawiać. W dupie to mam. Ileż można. Dwa lata nie mamy kontaktu ze sobą poza gg i sms... A potem to spotkanie z Panią T. i przypadkowo opowiedziana opowieść o siostrze mej i relacji z nią. O 18 latach spędzonych przy jej boku, zawsze razem, wszędzie razem. Wygodnie mi było w jej świetle. Zawsze wspólni znajomi. Razem do szkoły, do klasy, razem w autobusie, razem na przerwie, w pubie, na papierosie, w pokoju, łóżko w łóżko, biurko w biurko. I potem studia - i pierwszy raz wchodzę sama w jakieś towarzystwo - i pierwsza osoba jaką poznaje to P. Moja Pani T. mówi, że moja sis dla mnie była jak bliźniak syjamski. a potem w to miejsce wpasował się P. I miałam kolejną symbiozę, zależność, jedno bez drugiego żyć nie mogło, zawsze razem, wszędzie razem. No i dup. I koniec.
Pani T. powiedziała, że będzie mi trudno nauczyć się żyć bez tego, bo jak tu najpierw samemu odciąć kawałek siebie, nawet jeśli toto gnije już - i nauczyć się zyć bez tego. Ale jak to jest inaczej. Ja nie znam inaczej.
Przeraża mnie to co będzie, jak już będę wiedzieć, co dalej. W samotności swej i poczuciu, że po pierwsze nikomu nie chcę o tym mówić, a po drugie - nie umiem i nikt nie zrozumie - napisałam do MrK. Bo on jeden słuchał tak, jak słuchać się powinno. Ale on mi pomóc nie mógł lub nie chciał, lub generalnie miał to gdzieś. Więc zakopałam się głębiej pod kołdrę, z przerażeniem zacisnęłam powieki i starałam się zasnąć. Bo wiadomo - rano zawsze jakoś łatwiej. nowy dzień - i jazda z tym koksem.
Tagi: sms, siostra, kołdra, zawsze razem
skomentuj (0)
Wow
Jestem w szoku - nie spodziewałam się, a okazało się to tak proste - tzn wystarczy w tych śmiesznych tagach wpisać jak najwięcej różnych dupereli, i już się okazuje, że ktoś to czyta i nawet, ba, zostawil po sobie ślad - nie oszukujmy się, w każdym piszącym chyba jest coś narcystycznego i pragnie być czytany etc - nie jestem w tym jedyna. no więc odpowiadając na pytanie osoby komentującej - postanowiłam zamieścić notkę z dokładnym opisem całego wydarzenia.
Tytuł historii: jak się dostać do psychiatry - przypadek naoko czyli mnie.
Zaczęło się od tego, że po 1,5 roku wegetacji i letargu i gapienia się w sufit i wmawianiu sobie, że jutro to już na pewno (jak mi się zechce) zbiorę dupę w troki i przestanę tylko spać i spać, wpadłam w swej genialności (uwaga, muszę zapalić - aż lepiej mi) , że może to wcale nie jest tak, że jestem mega leniwa i nagle moim hobby stało się namiętne oddawanie w cudowne ramiona orfeusza, ale że może to jakaś depresja jest abo coś.. no więc google, jakieś durne testy w stylu: 10 oznak tego, że na pewno masz depresje, z których wystarczy odpowiedzieć twierdząco na ileś tam, dodatkowo poczytałam biadolenia innych na róznych forach i jako samozwańczy lekarz, po przeczytaniu tej garści informacji, postawiłam sobie diagnozę: tak, mam depresję. no więc co dalej z tym o to fantem zrobić... ponieważ w pamięci miałam film "plac zbawiciela", w którym główna bohaterka popada w owo takie cuś, aż w końcu jej synowie skaczą po niej mówiąc, że mama się zesrała, zaniepokoiłam się, że być może jak tak dalej pójdzie, to sama skończę we własnych odchodach, więc może lepiej coś z tym zrobić, póki jeszcze znajduję siłę na to, żeby rano wstać i iść do pracy. no więc zadzwoniłam kiedyś do przychodni (!) z prośbą o zarejestrowanie mnie do pana psychiatry jakiegoś, co by mi jakieś tableteczki mile przepisał, które spowodują to, że więcej energii będzie we mnie. na co pani rejestratorka powiedziała mi, iż tak to się nie da i że muszę najpierw do pani psycholog iść, co by taka pani mogła stwierdzić, czy aby na pewno ja do psychiatry muszę, czy może jednak nie. W ten oto sposób któregoś pięknego dnia znalazłam się u owej pani. Po krótkim wywaidzie z cyklu: ile pani ma lat, gdzie pani pracuje, z kim pani mieszka, proszę wpisać, kogo należy powiadomić, gdyby targnęła się pani na swoje życie(!) , pani zapytała mnie cóż to takiego mnie do niej sprowadza.
- mam depresję - oświadczyłam
- a cóż pani każe przypuszczać, że ma pani depresję
no więc opowiedziałam pani psycholog o tym, że od 1,5 roku żyję jak żyję i generalnie w skrócie całą hstoryjkę uroczą jak do tego doszło etc, pani zadała kilka pomocniczych pytań, na co zapytała mnie
- czy dopuszcza pani leki?
w duchu się ucieszyłam, bo przecież o to właśnie mi chodziło,i odrzekłam, że i owszem, dopuszczam, na co pani psycholog, że w takim razie muszę do psychiatry, bo pan lekarz psychiatra - lub pani lekarz - jest od tego, żeby środki takowe przepisać. i że w takim razie do okienka pani rejestratorki muszę iść znowu i się zarejestrować, ale że to czekać będę musiała parę tygodni na wizytę, bo wiadomo, kolejki etc, ale może jak się dogadam, to pani psychiatra, co tam akurat pracuje w tej przychodni mnie przyjmie prywatnie, zeby już od razu te lekarstwo jakieś przepisać. jako że mało obeznana w temacie byłam, tako i uczyniłam, lecz ponieważ to okres wakacyjny był, pani psychiatryczka na urlop od czubków szła, więc przyjąć mnie nie mogła. Dobra siostra ma, kiedy jej opowiedziałam ową historyjkę i ubłagałam, żeby w takim razie jakiegoś psychiatrę miłego prywatnie mi znalazła, tako też uczyniła i w uprzejmości swej na wizytę umówiła.
Tak więc w ten sposób u psychiatry się znalazłam, taką samą historyjkę opowiedziałam, na co mój Psych przepisał mi tableteczki, które po dziś dzień biorę. Czasem myślę sobie, że przynajmniej jeśli chodzi o depresję - bo w innych kwestiach nie mam doświadczenia - jeśli chodzi o zdrowie psychiczne - to każdy może do psychiatry pójść i, po odpowiednim zaznajomieniu się z tematem i objawami, historię sprzedać, i nie ma absolutnie żadnego sposobu, aby sprawdzić, czy to co delikwent mówi jest prawdą czy nie. cała diagnoza opiera się na tym, co sami opowiadamy. taki pan doktór od płucek np, to wiadomo, posłucha, popuka, w gardełko zajrzy, zakaszleć mu trzeba i wiadomo, że coś dolega, a Pan Psychiatra opiera się na tym, co sami mu powiemy. Tak sobie teraz myślę, że to w gruncie rzeczy dość niebezpieczne jest, ale też z drugiej strony, po coś ktokolwiek miałby z własnej nieprzymuszonej woli do Pana Psychiatry pójść i co miesiąc płacić odpowiednią kwotę, za 15 min wizyty - bo teraz Pan Psych pyta mnie co tam u mnie, jak się czuję etc, ja mu na to, że w porzo, pan wypisuje receptę, do widzenia, do widzenia, kasa na stół i koniec wizyty. chociaż z drugiej strony te pół roku wizyt przydało mi się o tyle, że kiedy w lutym na cudowny pomysł o urlopie dziekańskim wpadłam, skorzystałam z tego faktu, iż do takiego lekarza chodzę, co opłaciło mi się o tyle, że urlop zdrowotny dostałam, a to wiąże się z tym, że za powtarzania semestru płacić ponownie nie muszę. także może jak ktoś przewidujący się chce w ten sposób zabezpieczyć, to może zainwestować co miesiąc w wizytę u Pana Psych co w razie czego zaświadczenie o chorobie wyda, a wierzcie mi, na komisji lekarskiej a studiach to nawet nie czytali tej histrorii choroby, tylko pani od razu wypisała, ze się kwalifikuję i finito. No może to dla kogoś wstydliwe jest czy coś, że się leczy psychiatrycznie, ale jak się łyka te tableteczki, to przychodzi taka fajna obojętność na wszystko i się to generalnie ma w dupie. Chociaż ja myślę, że ja bym to i bez tego miała w dupie, bo mało mnie obchodzi co tam kto o mnie za plecami gada, bo ci, na których mi zalezy, to za plecami nie gadają.
No więc w ten oto sposób kończy się historia o tym, jak dostać się do psychiatry.
W skrócie: aby dostać się do psychiatry, należy znaleźć w internecie psychiatrę w swojej okolicy i umówić się na wizytę.
Tagi: komentarz, psycholog, psychiatra, pytanie, służba zdrowia, tabletka, urlop dziekański
skomentuj (0)
uwaga, wychodzę z domu po fajki - a właśnie zerknęłam na stronę główną, a tam akurat debata o paleniu, heh
Najgorzej, kiedy o godzinie pierwszej w nocy zabraknie papierosów.. co prawda mam zdaję się parę w samochodzie, który ostatecznie jest tuż pod moim oknem, a mieszkam na parterze, więc do pokonania zaledwie parę schodków, no ale wiadomo, nie chce się... chociaż i tak myślę, że po skończeniu pisania tej notki jednak zbiorę dupę w troki i pójdę po te fajki, bo przecież jak to tak nie zapalić przed snem, a co dopiero nie zapalić rano zaraz po przebudzeniu... wiem wiem, okropne to jest, ale nic nie poradzę na to, że nawet teraz, kiedy choróbsko mi tańczy w płucach i co jakis czas daje znać o sobie atakiem kaszlu, nie potrafię się wyrzec palenia.
Ostatnie spotkanie z Panią T. przebiegło dość pomyślnie, zawsze mnie śmieszy, jak Pani pyta mnie jak minął tydzień, a ja odpowiadam, że dobrze i się razem śmiejemy:) no bo oczywiste jest, że gdyby było tak całkiem dobrze, to nie chodziłabym do Pani T. i nie opowiadała jej różnych śmiesznych historyjek:).
Podobają mi się te spotkania, mimo tego, że ostatnio Pani T. zapytała mnie ponownie co czuję, kiedy tak siedzę u niej na fotelu poang czy jakoś tak (takie bujane z ikei, w kurwe niewygodne jak dla mnie, bo pod głową taki jakiś smieszny zagłówek, że tej głowy nijak nie można normalnie ułożyć). no więc ja na to, zdziwiona, że co ja mam czuć jak jej opowiadam o róznych rzeczach ze swojego życia, które przecież już się kiedyś wydarzyły, więc wtedy coś tam czułam, w zależności od sytuacji, a teraz, kiedy o tym opowiadam, to niby dlaczego miałabym coś czuć.. A Pani T. na to
- no wie pani, emocje. jest takie coś
na co ja, ale co to takiego. tzn nie mogłam zrozumiec, co takiego miałabym czuć w momencie opowiadania np o tym, ile braci czy sióstr ma mój tata. no i tak po niteczce do kłębka się okazało, to co zdaje się być moim problemem - właśnie odczuwanie emocji pośrednich, że się tak wyrażę. bo u mnie to zawsze było albo wszystko albo nic, a to co pośrodku to gdzieś tam mi nie odpowiada, nudzi - chociaż nie wiem czy to dobre określenie. innymi słowy - u mnie jest tak, że jak emocje, to skrajne. czyli albo niebo albo piekło.
no więc być może po kilkunastu spotkaniach z Panią T. uda mi się docenić też to, co jest pośrodku.
A poza tym, to ostatnio, korzystając z tańczących chochlików w moich płucach, które stały się wymówką do pozostania w łóżku i wolnego od pracy: telefon do szefa:
- wie pan co... bo mie tu gorączka złapała i bym musiała poleżeć
- dobra, niech pani leży, niech se pani termofor jaki weźmie, napar z lipy, herbate z rumem
- chyba rum z herbatą - ja na to...
no ale wracając do tematu - no więc wywinęłam się od pracy, a ponieważ gorączka to była lekka przesada, a od poniedziałku wchodzi ekipa remontowa, którą należy odpowiednio w materiały do pracy zaopatrzyć, a że tato, jako mężczyzna w rodzinie jedyny (wiadomo, na faceta w sklepie z materiałami budowlanymi inaczej patrzą, nawet jak się nie zna na rzeczy, to sie go traktuje jak człowieka, a nie jak słonia w składzie porcelany) do zakupów niezbędny, a na drugą zmianę do pracy iść musiał przez cały tydzień, nie było rady jak tylko do południa do sklepu jechać.
Tako i więc w trójkę, razem z rodzicielką mą sie udaliśmy do sklepu na c.. kupić panele, gipsy, karton gipsy i inne duperele. a że dzięki obecności mężczyzny w naszym gronie i bardzo przyjemnej i sprawnej obsłudze w sklepie uwinęlismy się z zakupami dośc szybko, po powrocie do domu zrobiłam coś, do czego się przymierzałam od dawna, a mianowicie: malowanie.
no więc wyprodukowałam cztery obrazeczki do moich rameczek nakładając palcami farbę i przelewając w to ... hmmm ... no właśnie co... nie wiem, chyba ten jakis ból, który we mnie siedzi, a którego wyrazić nie umiem. było to przyjemne uczucie, przyjemne - co ja mówię - odczuwałam autentyczne fizyczne podniecenie, przyspieszone bicie serca, taki organiczny kontakt z tym co robię. oczywiście moje malunki nie przedstawiają niczego konkretnego, to bohomazy, ale w tym jest ukryte to co jest we mnie akurat - czyli taki właśnie nieokreślony bohomaz, glut, bezkształtna masa, która może być wszystkim i niczym. myślę, że z czasem moje malunki będą nabierać kształtu i będą coś przedstawiać.
A potem, wieczorem, wzięłam się za wiekszy format, bo do malowania poprzednich obrazeczków użyłam spreju, ktory został mi z remontu pokoju, i odkrylam, że w gruncie rzeczy całkiem przyjemnie się z tego w malowaniu korzysta. no więc popołudniowa wizyta w sklepie na p.., kupno folii malarskiej, o której w sklepie na c... zapomniałam i komplet sprejów w podstawowych kolorach i nabazgrałam kolejnego bohomaza i jestem zachywcona.
A w poniedziałek wizyta u Pana Psychiatry, ktory musi mi przepisać kolejną porcję pigułeczek na kolejny miesiąc. nota bene, Pan Psych mi się dziś śnił
Tagi: rodzina, papierosy, psychiatra, zakupy, remont, palenie, malowanie, farba
skomentuj (1)
taaaaa
minęła 21, a to znak, że czas się zabrać do roboty, ino jak tu się zabrać do roboty, jak się tak nie chce... ale trzeba, bo już przecież od wczoraj nic nie zrobiłam, a tu czekają na ten projekcik czy coś..
dziś przyszła paczka z merlina, to sobie słucham jasona mraza, co go sobie kupiłam w promocji... jestem uzależniona od kupowania książek, płyt, świeczek i ramek na zdjęcia, które obecnie leżą całkiem puste na półeczce. ale pocieszam się myślą, że coraz większą ochotę mam na to, żeby coś namalować, choć tak dawno tego nie robiłam. nie mam jeszcze w głowie żadnego konceptu na to, co chciałbym namalować, ale może to właśnie lepiej - że po prostu sobie usiądę z pędzlem w dłoni, zamknę oczy i zacznę nakładać farbę bez konkretnego zamysłu, po prostu tak, jak w danej chwili mi podytkuje intuicja.
może jutro uda mi się za to zabrać.
a poza tym to dopadło mnie choróbsko jakieś, w płucach rzęzi i boli, co nie przeszkadza mi oczywiście dalej palić.
ale pan doktór dał antybiotyczek, więc może za parę dni ten ból ustanie.
a do następnej wizyty u Pani T. mam notować, ile godzin dziennie śpię, czego oczywiście nie robię, bo kalendarz mój wiecznie lezy w pracy, bo... bo mam za małą torebkę, żeby go brać ze sobą do domu. kurde, już chyba głupszej wymówki sama sobie nie znalazłam
Dziś spotkanie numer 2 z Panią Terapeutką. Przyjemnie było. Albo raczej normalnie. Pani T. zapytała mnie, w trakcie rozmowy, co teraz czuję. A co ja mam czuć. nic nie czuję. normalnie. obojętność. zresztą, narazie nie rozmawiamy o niczym, co by mi sprawiało przykrość, a poza tym ja przecież doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co robię źle, albo niewłaściwie - w sensie co mi szkodzi.
A poza tym dziś cisza. P. się nie odzywa, a ja też się nie odzywam. Ciekawa jestem, co by powiedział na to, co mówi o naszej relacji Pani T.
Jutro spotkanie z Panem Remontowym - wreszcie przyszedł czas na remont sypialni - albo raczej nie remont, a w ogóle jakiś początek tej sypialni, bo narazie pokój, w którym ma ona być, to plac budowy, gdzie poniewierają się wszystkie graty razem z moimi ciuchami, których nie mam gdzie trzymać. To, że jutro przychodzi Pan R. oznacza dla mnie ni mniej ni więcej jak to, że będę musiała zrobić porządek w domu i pościelić łóżko... brrrr....
nic to, zabieram się za skończenie tego projekciku co go kończę już od tak dawna.